czwartek, 13 czerwca 2013

Rozdział 10.

- Co się dzieje?! - usłyszałem nagle krzyki mojej żony Ewy.
Otworzyłem zaspane oczy i zobaczyłem SS-manów próbujących siłą zaciągnąć gdzieś naszą czwórkę. 
Dziewczyny zostały już skute w kajdanki, mnie poniosła złość i zacząłem się szarpać. W końcu poczułem uderzenie w głowę pałką policyjną... Zrobiło mi się czarno przed oczami...

Obudziłem się w jakimś nieznanym miejscu. To był jakiś pociąg?! W tym wagonie było mnóstwo ludzi. Rozglądałem się za Ewą, Agatą i Anią - znalazłem tylko Anię. Nie wiedziałem, gdzie Agata i Ewa. 
- Łukasz! Żyjesz - ucieszyła się Ania. - Wywożą nas gdzieś! - powiedziała rozpaczliwym tonem. 
- Gdzie Ewa i Agata? - zapytałem. 
- Nie mam pojęcia, gdzieś indziej je zabrali... - powiedziała cicho Ania. - Nie wiem, czy jeszcze kiedyś je zobaczymy. Mnóstwo rodzin rozdzielono. 
- Niby gdzie jedziemy? - zapytałem.
- Coś mówili, że do pracy - powiedziała Ania. - Przynajmniej nie zginiemy.
- Do pracy - pomyślałem - akurat! To by było zbyt piękne! 
Usiadłem na ziemi, zaczęła mnie boleć głowa. Pewnie od silnego uderzenia. Zasnąłem... 

Obudziły mnie głośne krzyki. Należały one do hitlerowców. Poderwałem się prędko. Nakazywali oni wyjść z pociągu. 
Okazało się, że przyjechaliśmy wszyscy do Auschwitz. SS-mani nakazali nam się ustawić czwórkami. Wszyscy, w obawie przed utratą życia, grzecznie się ustawili. 
- Teraz idziecie, gdzie Wam pokazujemy - odezwał się jeden hitlerowiec - i macie iść równiutko! Niech się który pomyli, to pożałuje! 
Mnóstwo ludzi tu przywieźli, Polaków, Żydów, jakieś inne narodowości również się tu znalazły. Nagle wypatrzyłem w tłumie... Ewę. Moją ukochaną Ewę. Ale nie mogłem do niej podejść. 
W końcu marsz się zaczął. Przekroczyliśmy bramę obozu, na górze tej bramy widniał napis "Arbeit Macht Frei" (Praca czyni wolnym) . 
Nagle kogoś wywlekli z szeregu. Widocznie ktoś się pomylił, krocząc. Hitlerowcy zaczęli tłuc nieszczęśnika. My musieliśmy kroczyć dalej.
Hitlerowcy zaprowadzili nas na dziedziniec. Okazało się, że będą robić selekcję. Ci, którzy według nich będą w stanie pracować, pójdą do pracy, a ci, którzy nie będą zdatni, od razu zginą... 
Czekałem na swoją kolej z bijącym sercem... 






_______________




Łapcie ;) 
Mam nadzieję, że Wam się podoba. 
Dopiero co byłam na wycieczce w Oświęcimiu, trochę doszkoliłam się na temat owego obozu. 

Kto przeczytał, niech skomentuje! Żebym wiedziała, czy jest sens dalej prowadzić tego bloga. 

Buziaki! 


+ zapraszam na mojego drugiego bloga Life is easier with eyes closed... tam również komentarze mile widziane! :> 

piątek, 7 czerwca 2013

Rozdział 9.

Zacząłem nerwowo szukać Roberta, kto wie, czy nie zemdlał gdzieś w ciemnym kącie? Albo co gorsza, czy go nie znaleźli tutaj SS-mani? 
Wszyscy obiegliśmy chyba cały budynek, ani śladu naszego przyjaciela. Ania usiadła po turecku na podłodze i zaczęła płakać.
- Co z nim? - szlochała - gdzie on jest?!
- Nie ma go tu nigdzie - westchnąłem ponuro - nie mam pojęcia! 
- A co tu się dzieje?! - usłyszeliśmy nagle donośny głos jakiejś obcej osoby. Odwróciłem się i zobaczyłem faceta w niemieckim mundurze. To był SS-man. - Towarzysze - zwrócił się do Mario i Marco - aresztować ich natychmiast!
- Ale... - próbował zaprotestować Marco.
- No to inaczej porozmawiamy - powiedział SS-man i wyciągnął strzelbę, wymierzył nią w Ewę...
- Nie! - krzyknąłem - darujcie nam życie!
- Nie strzelaj! - krzyknął Mario i wytrącił SS-manowi strzelbę z rąk. 
- Prowadźcie ich do auta, już! - powiedział wściekły SS-man. 
Mario i Marco, wzięli nas w kajdanki i wyprowadzili z budynku. Marco trzymał mnie i Ewę, szepnął do nas : 
- Nie bójcie się. 
- Nie chcemy umierać - jęknęła cicho Ewa. - Zrób coś!
- Zrobię, co się da, obiecuję - szepnął Marco. 
Wsiedliśmy do auta, SS-man rozmawiał z  Marco i Mario.
- Czemu ich tak bronicie? To podejrzane! 
- Nie zrobili nic złego, za co niby... - odezwał się Mario, ale SS-man mu przerwał. 
- Warszawa ma zostać zdobyta! - powiedział SS-man - a tych ludków wyślemy do Auschwitz!  Już tutaj, jednego takiego schwytaliśmy i już jest w drodze! 
Gdy to usłyszałem, od razu zrozumiałem - to na pewno Roberta schwytali i wysłali na zagazowanie! Ania struchlała. 
- O nie - jęknęła - już pewnie po nim, albo zaraz będzie po nim! - żałośnie się rozpłakała, dziewczyny ją obejmowały i próbowały pocieszać, same też roniły łzy. 
Trójka Niemców wsiadła do auta, ruszyliśmy zapewne w kierunku ich posterunku. 

Marco i Mario nie mieli nic do gadania. Zamknęli nas w zimnej celi, a my smutni, niepewni swojego losu siedzieliśmy we czwórkę, płakaliśmy, czuliśmy, że śmierć jest blisko. I jeszcze bardzo martwiliśmy się o Roberta. 
Mijały godziny, a Marco i Mario nie przychodzili w ogóle do nas. Myślałem intensywnie, dlaczego? 
Ten SS-man mówił o nas, że wyśle nas do Auschwitz. Czyli na zagazowanie. Bałem się tej chwili, kiedy tu wparują i nas tam wywiozą... Wtedy nie unikniemy okrutnej śmierci... 






__________________ 





Łapcie dziewiątkę :3
Nareszcie weekend. Fuck yeah ;) 

Czytasz, to komentuj! Dzięki <3

Pozdrawiam ;* 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Rozdział 8.

Siedziałem razem z Ewą, Agatą i Anią przy zapalonej lampie naftowej. Czułem niesamowitą rozpacz. 
- Oby chłopaki nie dali mu zginąć - szlochała Ania. 
- Jeszcze przynajmniej jest nadzieja - powiedziała Agata - a jeśli chodzi o Kubę... nie ma, nie ma już żadnej nadziei! 
Obie się popłakały w głos, a ja objąłem ramieniem Ewę. Miałem nadzieję, że nie rozdzielą i nas... 
Już nastała ciemna noc, czułem, że w ogóle nie zasnę. Nie byłem w stanie. Wyciągnąłem papierosy, i zacząłem palić, chcąc się nieco uspokoić. 
Nikt z nas nie usnął tej nocy. Paliliśmy tylko papierosy albo piliśmy kawę, rozmów zaś było niewiele. Więcej za to płaczu... 


Około szóstej nad ranem ktoś zastukał do drzwi. 
- O Boże - przestraszyła się Ania - to na pewno nie Mario czy Marco! Nie przyszliby tak wcześnie rano! 
- Właśnie - powiedziałem. - Ale muszę iść i sprawdzić! 
Ewa przyłożyła chusteczkę do oczu. Poklepałem żonę po ramieniu i poszedłem do drzwi. 
- Łukasz! Otwórz! To tylko ja i Mario - usłyszałem Marco. Odetchnąłem z niebywałą ulgą. 
Wpuściłem ich. Nie wyglądali na wypoczętych, w ich oczach widać było wyraźne znużenie, zmęczenie, zatem zaproponowałem im mocną kawę. Gdy już została zaparzona, zaczęliśmy rozmowę.
- Szukaliśmy całą noc schronienia dla Roberta - powiedział Mario - nie chcieliśmy go ulokować byle gdzie.
- Właśnie - ziewnął Marco. - Wy też tam powinniście pojechać, schronić się. Bo tutaj to nie będziecie bezpieczni...
- Radziłbym Wam zwinąć manatki i jechać teraz z nami - powiedział Mario. 
- A co, jak nas nakryją? - zapytała Agata.
- Zrobimy wszystko, by tak nie było - powiedział Marco.
- I co? - odezwała się Ewka. - Jedziemy z nimi? 
- Chyba nie mamy innego wyjścia. Chcą dobrze - powiedziałem powoli. - Pakujcie się, szybko! 
Zwinęliśmy wszystko, co potrzebne, jak najszybciej. Ostrożnie zeszliśmy na dół. Usadowiliśmy się w pojeździe, i Mario zapuścił silnik. Mimo, że to był wczesny ranek, już miasto żyło. 
Jechaliśmy właśnie jedną z warszawskich ulic, gdy nagle została zamknięta z obu stron. Robili łapankę. Niemcy schwytali kilku nieszczęśników, kazali im ustać przy ścianie jednego z budynków, i już szykowali strzelby, aby pozbawić ich życia. Jeden z SS-manów podszedł do auta, w którym siedzieliśmy my... 
- Marco! Mario! A wy co tak wcześnie rano jeździcie? 
- Sprawy mamy - powiedział Mario - Mats, a Ty czemu jeszcze nie śpisz? 
Głos Mario drżał... 
- Hummels! Co tam się dzieje?! - usłyszeliśmy wszyscy nagle ryk jednego z towarzyszy Hummelsa. Podszedł on również, wyglądał dość groźnie. W tym samym czasie jego koledzy rozstrzelali schwytanych. To był straszny, okropny widok. 
- A cóż to za ludkowie? - zapytał pogardliwie SS-man. 
- To nie Niemcy - powiedział jeden z jego towarzyszy, który właśnie zastrzelił jakąś młodą kobietę. 
- Śpieszymy się! Możecie nas puścić? - zapytał Marco.
- Dokąd? - zapytał Hummels.
- Nie mam czasu tłumaczyć - powiedział Marco i zamknął drzwi. Mario zapuścił silnik, i ruszył jak najszybciej. Na szczęście, ulica została już otwarta. 
Pojechaliśmy na przedmieścia, tam stała jakaś stara, opuszczona fabryka. Marco obwieścił, że tam znajduje się nasz przyjaciel. Poszliśmy tam wszyscy, było pusto i cicho.
- Robert! Jesteśmy! Wszyscy jesteśmy - zawołał Mario. - Jesteś tu? Robert!
Żadnego odzewu. Zaczęliśmy biegać po wszystkich zakątkach, szukając Roberta.-
- Robert! Gdzie Ty jesteś?! Odezwij się! - zawołała Ania, w jej oczach ukazał się wyraźny strach i lęk... 


____________________________ 



Łapcie ósemkę :) 
Mam nadzieję, że Wam się podoba. 
Kto przeczytał, niech zostawi komentarz, i najlepiej, szczerą opinię. Dziękuję ;) 

Pozdrawiam, Sylwia :) 



piątek, 31 maja 2013

Rozdział 7.

- Co tam się dzieje? - jęknąłem - starczy już tych nieszczęść! 
- Moment - powiedział Marco i pobiegł jako pierwszy. Mario natomiast pociągnął mnie i Agatę na piętro wyżej, mówiąc, że to SS-mani mogli napaść moje mieszkanie. Powiedział, żebyśmy tu bezpiecznie poczekali, aż się wszystko wyjaśni. 
Nagle doszły do naszych uszu krzyki z klatki schodowej. 
- Musicie go teraz zabierać?! - słyszeliśmy Marco.
- Tak! Idealnie się nada do roboty - powiedział jakiś SS-man. 
- Reus, zaprowadzimy go do Twojej karetki, bo my tu na piechotę jesteśmy - odezwał się SS-man - odwieziesz go na posterunek, a potem zobaczymy.
W końcu Mario dał nam znak, że możemy zejść na dół. Marco siedział na schodku zrozpaczony. 

- Co się stało? - zapytał Mario.
- Roberta chcą zagarnąć - powiedział - mam go odwieźć na posterunek. Co teraz?! 
- Nie... nie możemy tego zrobić - powiedział Mario - musimy go gdzieś wypuścić! 
- Chodźcie do domu! - powiedziałem. 
Weszliśmy wszyscy do domu, zaryglowałem drzwi, Ewa i Ania siedziały przygnębione. Ania płakała. 
- Najpierw Kuba, teraz Robert... - zalewała się łzami. 
- Spokojnie Ania - powiedział Marco - coś wymyślimy. Jeszcze nic nie jest przesądzone. Kazali mi go odwieźć na posterunek... ale Mario, będziemy musieli go jakoś stamtąd uwolnić i znaleźć mu kryjówkę. 
- Dla Was wszystkich trzeba znaleźć kryjówkę - powiedział Mario. - Bo robi się coraz gorzej! Po prostu tragedia... 
- Następnym razem pogadamy - powiedział Marco - musimy lecieć, bo nas zaczną o coś podejrzewać! Jutro postaramy się zalecieć do Was! Trzymajcie się!
- Do zobaczenia - odparłem, i zamknąłem drzwi za naszymi wybawcami. Poszedłem do dziewczyn, zdołowany jak nigdy. 


*oczami Marco* 


Jechaliśmy we trójkę, Mario obok mnie, a Robert z tyłu. Wyglądał na straszliwie smutnego. Westchnąłem ciężko. Musieliśmy go gdzieś wypuścić, a na posterunku coś wymyślić, jakąś dobrą wymówkę. 
- Robert... - odezwałem się - gdzieś musisz się schować! Potem reszta by do Ciebie dołączyła. W tej kamienicy nie jest bezpiecznie. 
- Tylko gdzie? - westchnął Polak. 
- Właśnie się zastanawiamy... - powiedział Mario. - Marco, właśnie! Miałem powiedzieć. Planują nie tylko Żydów gazować, ale i Polaków. Będą robić łapanki. Ty, Agata, Ania, i Ewa, no i Łukasz, musicie jak najprędzej się schować. Bo jak was złapią i zawiozą do obozu... 
- Skąd ty to wiesz? - zapytałem.
- Podsłuchałem rozmowę - powiedział Mario. 
- Tym bardziej - zdenerwowałem się - musimy wam znaleźć bezpieczne miejsce, zanim was wysiedlą! 



_______________________ 





Nudne jak flaki z olejem. ;/ 


Zapraszam na mojego drugiego bloga Life is easier with eyes closed... na nowy rozdział :) 

Komentarze mile widziane :>

Pozdrawiam :* 



czwartek, 30 maja 2013

Rozdział 6.

Agata nerwowo gryzła paznokcie, po czym zaczęła palić papierosa. Ja wziąłem łyk rumu. Marco wpatrywał się w podłogę. Atmosfera nie była najlepsza. 
- Też chciałbym pójść - powiedziałem powoli. - Kuba był moim przyjacielem. 
- W nocy pójdziemy - powiedział Marco - chociaż to też będzie niebezpieczne. 
- Tylko uważajcie na siebie - powiedziała Ewa, odpalając sobie papierosa - bo ja nie wiem, co zrobię, jeżeli...
- Postaram się ich chronić - powiedział Marco.
Jak dobrze, że on, Niemiec, był po naszej stronie. No i oczywiście Mario. 
Marco w końcu wyszedł od nas, obiecując wpaść po zmroku. Zatem wszyscy w napięciu czekaliśmy, paląc papierosy na uspokojenie, i pijąc ziołową herbatę, której dostarczył nam Marco. 
Nastała godzina 22. Ani śladu Marco. Zacząłem się denerwować.
- Gdzie on? - pytała Agata - ja chyba zwariuję! 
W końcu jednak usłyszałem pukanie do drzwi. To był Mario.
- Łukasz! Bierz Agatę i chodźcie! Marco już czeka w aucie - powiedział Mario. 
- Okej! Ulica czysta? - zapytałem.
- Czysta! Nie ma nikogo! Pośpieszcie się! - ponaglał Mario. 
Zawołałem Agatę, migiem pobiegliśmy na dół i wskoczyliśmy do służbowego auta chłopaków. Agata wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Oczy miała przesiąknięte łzami, była bardzo blada, w jej oczach było widać wyraźną rozpacz. Rozumiałem ją, czułem się podobnie, straciłem przyjaciela, straciłem Kubę bezpowrotnie. 
- Jedziemy na Powązki - powiedział Marco, z trudem wymawiając "Powązki" . 
- Lepiej, jak się schowacie - powiedział Mario. 
Skuliliśmy się zgodnie z poleceniem Mario na tylnych siedzeniach. Oni dalej byli w swoich mundurach. 
Dojechaliśmy na cmentarz. Było cicho, jak makiem zasiał. Spojrzałem na uśpioną Warszawę. 
- Czy kiedyś ta wojna się skończy? - pomyślałem ze smutkiem - och, żeby chociaż moje dzieci doczekały się życia w wolnej Polsce, życia bez przemocy?! 
Mario i Marco zaczęli kopać prędko dół, ja im też pomogłem. Agata przykucnęła zmęczona, ukryła twarz w dłoniach. 
W końcu chłopaki dali znać, że wystarczy już kopania, i wyjęli ciało Kuby z auta. Agata po prostu wybuchła płaczem, mi też łzy stanęły w oczach. 
Po odmówieniu krótkiej, wspólnej modlitwy zaczęliśmy chować naszego zastrzelonego kompana. Po wszystkim, Marco usiadł za kierownicą i miał odwieźć nas do kamienicy. Po drodze minęliśmy uliczną strzelaninę, słyszałem krzyki bólu i rozpaczy. Współczułem wszystkim rodakom. 
W końcu dojechaliśmy pod naszą kamienicę, ostrożnie wyszliśmy. Mario i Marco szli pierwsi. Ale zaraz znów odczuliśmy niemały przestrach. Z kamienicy słychać było głośne krzyki - po chwili się okazało, że z mojego mieszkania... 








___________________ 






Napisałam :> 
Nie jest jak dla mnie zbyt fascynujący, ale mam nadzieję, że dla Was przypadł do gustu.
Oceniajcie :> 
Czytasz = komentujesz! Pamiętaj! Dziękuję :* 


Pozdrawiam :* 

piątek, 24 maja 2013

Zawieszam!

Bardzo mi przykro, ale zawieszam bloga, bo jakoś nie mam weny do pisania tego opowiadania. 
Postaram się oczywiście kiedyś tu wrócić i pisać dalej, jak tylko mi wena wróci i pomysły. 
Jeśli kogoś zawiodłam, to bardzo przepraszam. 

Pozdrawiam ciepło, Sylwia :* 

+ zapraszam na nowy rozdział na drugim blogu http://bvbstory.blogspot.com/2013/05/rozdzia-19.html mile widziany komentarz! :> 

sobota, 18 maja 2013

Rozdział 5.

*oczami Marco* 


- Marco! To chyba tu kogoś zastrzelono - powiedział powoli Mario, pokazując drzwi z numerem 6. 
- Tylko kogo? - jęknąłem. 
- Musimy tam wejść i to sprawdzić - powiedział Mario. 
- Podziwiam Cię za te opanowanie - powiedziałem. 
- Ha, to tylko tak na zewnątrz wygląda. W środku aż się we mnie buzuje - powiedział Mario. 
Otworzyłem powoli drzwi, mrużąc oczy. W środku był półmrok. Dwóch SS-manów stało nad nieszczęsnym nieboszczykiem. 
- Kto to? - zapytał Mario - kogo postrzeliliście, Elber? 
- A cóż ci tak głosik drży? Tak się przejmujesz losami tych patałachów? - złośliwie powiedział Elber. 
Z Elberem zbrodni dokonał Draxler. 
Wziąłem lampę naftową stojącą na stoliku i oświeciłem twarz postrzelonego. Boże... to nie mogła być prawda! Elber z Draxlerem zastrzelili Kubę! Krew mu ciekła ze skroni, musiał otrzymać strzał w bok głowy. Tak okrutnie pozbawili go życia, choć nie mieli najmniejszego prawa. 
Już było za późno na jakikolwiek ratunek, Kuba leżał martwy. 
- Co tak wzdychacie? Was to z SS powinni wyrzucić - powiedział Draxler - jesteście miękcy jak plastelina! 
- Lepiej uprzątnijcie gdzieś te zwłoki, a my idziemy swoją drogą - powiedział Elber. - Dać wam jakiś worek? 
- Zaraz Ciebie w worek wsadzimy i zakopiemy w lesie - pomyślałem z goryczą - aż mi wstyd, że jestem Niemcem! 
Draxler i Elber wyszli z sali, a my zostaliśmy sami. 
- Co my teraz zrobimy? - zapytałem, łzy mi stanęły w oczach. - Musimy chronić resztę! Bo wszystkich zastrzelą! Oni nie mają skrupułów! Hitler im tak namieszał w głowach, że...
- I jak my to powiemy Agacie? Ona się załamie - powiedział Mario. 
- Musimy zabrać Kubę i go godnie pochować - powiedziałem - może w nocy? Będzie bezpieczniej. 
- Weźmiemy go na Powązki - powiedział Mario.
Póki co, z bólem serca i to niemałym, ponieśliśmy naszego zmarłego kumpla do kostnicy będącej w tym samym budynku. 
- Musimy szybko go pochować - powiedział Mario - bo go jeszcze przerobią na mydło! Ilu ludzi już tak...
- Właśnie - powiedziałem - racja, stary! 
- Ja tu może zostanę... - powiedział Mario. - A ty... 
- Mam iść powiedzieć? - powiedziałem cicho. - Nie wiem, jak to zrobię... 






*** 





Siedzieliśmy bezczynnie, słuchając tylko radia, potajemnej polskiej rozgłośni. Chociaż mogliśmy też niemieckich stacji słuchać, bo znaliśmy wszyscy ten język, ale jednak lepiej się czuliśmy używając i słuchając polskiego. 
- Ciekawe, co tam się dzieje - zabrała głos Ania. 
- Boże... - chlipnęła Agata, ocierając oczy chusteczką. 
Wyjrzałem przez okno, zauważyłem zmierzającego do naszej kamienicy Marco.
- Idzie Marco - powiedziałem. 
- Niech powie, że Kuba żyje! - jęknęła Agata. 
Podszedłem do drzwi frontowych, czekałem na naszego niemieckiego przyjaciela. Ale aż się przeraziłem, gdy zobaczyłem jego bladą i niewesołą twarz. 
- Co z Kubą? Wiesz coś? - zacząłem go wypytywać.
Marco nic nie powiedział, wszedł tylko do salonu ze spuszczoną głową, Agata spojrzała na niego błagalnie.
- Marco! Powiedz, że Kuba żyje! 
- Jakbym tak powiedział... to bym skłamał - powiedział szybko, drżącym głosem.
- CO?! - krzyknąłem. 
- Jak to? Kuba nie żyje?! - wykrzyknęła Agata. - Nie wierzę! Jak to?! Przecież... 
- Zastrzelili go, nim zdążyliśmy w ogóle... - zaczął Marco. 
- Wy Niemcy to jesteście podli jak nikt! - piekliła się Agata - a kto wie, czy ty tu nie przychodzisz tylko na przeszpiegi, i nie udajesz naszego przyjaciela?! Zaraz i nas zastrzelą wszystkich... zginiemy marnie jak Kuba - powiedziała, zalała się w końcu gorzkimi łzami. 
- Właśnie dlatego, że jestem waszym przyjacielem, chcę wam zaoferować jakąś lepszą kryjówkę - powiedział łagodnie Marco. 
- W której nas zagazujecie! To może podstęp z Twojej strony! - krzyknęła Agata, takiej wściekłej jeszcze nigdy jej nie widziałem. I tak załamanej. 
- Agatka, spokojnie - próbowała uspokoić ją Ewa - Marco nigdy by nam tego nie zrobił, jest zbyt rzetelnym i dobrym facetem, żeby się do tego posunąć. 
- Rozumiem - powiedział Marco - na jej miejscu zachowywałbym się całkiem podobnie. Dziś w nocy mamy zamiar pochować Kubę na Powązkach... 
- Muszę tam być - powiedziała Agata. - Marco, racja, trzeba go godnie pochować, zanim Ci SS-mani go... 
- Mario pilnuje - powiedział Marco. - Nie wiem, Agata, jak to zrobić... może uda się jakoś pod osłoną nocy... rozumiem, że chcesz być przy jego pochówku... 



__________________ 




Łapcie piąteczkę :3 

Pozdrawiam ; ******** .